|
Nasze podróże
Wyjazd w skałki „Sokoliki” (Polska)
Kwiecień/maj 2003 rok
zdjęcia Sokoliki
Po tym jak
poznaliśmy się 1 marca w klubie wysokogórskim na balu Taternika, wyruszyliśmy w
naszą pierwszą wspólną podróż. Nasze marzenia skierowały Nas początkowo na kurs
wspinaczki skałkowej w Sokoliki, okolice Karkonoszy. Wspinaczka z asekuracją,
zjazdy na linach, kontakt bezpośredni z górami. Kurs ten trwał 10 dni. Na ten
kurs pojechaliśmy, gdyż bardzo zapragnęliśmy w przyszłości wyjechać w Himalaje
i wspinać się na najwyższe szczyty górskie. Pragnęliśmy zjednoczyć się z
wysokimi górami, zaznać wysokości. Tak więc skierowaliśmy się na pierwszy kurs
wspinaczki.
Codziennie z
rana pobudka, zbieramy swój wspinaczkowy sprzęt i wyruszamy w górę na skały.
Uczymy się kolejno dzień po dniu, jak wspinać się po ścianach skalnych, jak
zawiązuje się linę do własnej uprzęży, jak wkładać kostki wspinaczkowe w
szczeliny skalne, jak zakładać ekspresy. Dzień po dniu uczymy się podstaw
asekuracji drugiej osoby, komunikacji w terenie, zjazdów na linach i wiele
innych rzeczy.
Wieczorami
odpoczynek, ognisko, przygotowywane na własnym palniku gazowym jedzonko. Śpimy
we własnym namiocie.
Jakiś rok
później nasze plany życiowe zaczęły się zmieniać. Chcieliśmy przecież pojechać
w Tatry na letni i zimowy kurs wysokogórski. Później w Himalaje. Jednak brak
pieniędzy na kursy oraz bardzo drogi sprzęt wspinaczkowy uniemożliwił Nam
dalszą tego typu podróż w wysokie góry. Później zrozumieliśmy, dlaczego.
Okazało się, że nasza droga jest zupełnie inna, co nie znaczy, że bez kontaktu
już z wysokimi górami....
Czarnogóra,
Karpaty (Ukraina)
Lipiec 2003
rok
zdjęcia Ukraina
10-dniowa
podróż po Ukrainie. Teren bardzo dziki. Właściwie prawie brak schronisk. I o to
Nam chodziło. Próbowaliśmy dotrzeć do tego celu na stopa. Początkowo pociągiem
przejechaliśmy Polskę. Później próba naszych sił na stopa. Okazuje się, że stop
tutaj kosztuje. Co za dziwne zwyczaje. Postanawiamy więc przemierzać tereny
ukraińskie, najtańszymi, jakże wolnymi pociągami. Jednak tańszymi od samego
stopa.
W górach jest cudownie.
Niżej dzikie lasy, łąki, potoki, wyżej góry. Śpimy na dziko. Mamy ze sobą
namiot, palnik gazowy do gotowania, jedzonko z Polski, wodę z potoków. Myjemy
się w terenie, rozpalamy ogniska, aby się zagrzać i ugotować zupki z warzyw,
przypraw i kaszy gryczanej. Wysoko u podnóża najwyższego szczytu górskiego
Ukrainy poznajemy grupkę ludzi, Ukraińców, już tam nocujących pod namiotem od
dwóch dni. Nie jesteśmy dzięki temu tam na górze sami. Razem gotujemy, jemy,
rozmawiamy i podziwiamy panoramę górską. Wiatr, czerwony zachód Słońca, na
horyzoncie góry i doliny. W nocy silne wiatry, jakbyśmy mieli polecieć w niebo.
Jakbyśmy byli na wysokogórskiej wspinaczce w Himalajach, a za ścianami namiotu
sypał śnieg, jedna wielka śnieżyca. Jakże cudowny kontakt z przyrodą. Noclegi,
za darmo. Jedzonko własne z Polski bardzo tanie, podróż pociągami tania.
Norwegia i
Szwecja
Lipiec 2004
rok
Nasz cel, jaki
sobie obraliśmy to Przylądek Północny, Nordkapp w Norwegii. Jedziemy na stopa
przez Niemcy, Danię, Szwecję i Norwegię. Mamy ze sobą jedzenie, palnik gazowy
do gotowania zup, śpiwory, namiot do spania w dzikich terenach. Wodę pobieramy
w sklepach, od ludzi z domków. Podróż prawie za darmo. Początkowo mieliśmy
jechać do Nordkapp, jednak stwierdziliśmy, że nie starczy Nam czasu. Przecież w
jedną stronę mogłoby to Nam zabrać dwa
tygodnie. A na podróż zarezerwowaliśmy miesiąc. W jakim celu mamy spędzić naszą
podróż tylko na stopa z tylko jednym dniem na Nordkapp? Zdecydowaliśmy się więc
pojechać w góry, fiordy i lodowce norweskie. Dla Nas liczył się bardziej pobyt
wśród wysokich gór, lodowców, oraz pięknych górskich krajobrazów z fiordami.
Zwiedziliśmy więc najwyższy szczyt górski Norwegii, Galdopighen o wysokości
zbliżonej do Rysów w Tatrach. Na ten szczyt weszliśmy z grupą turystów razem z
przewodnikiem, trzymając się za linę. Wchodziliśmy bowiem na szczyt wzdłuż
lodowca. Lina asekurowała Nas przed wpadnięciem w szczeliny lodowcowe. W miarę
jak wchodziliśmy na górę zaczynał sypać śnieg. W środku lata śnieżyca. Z góry
krajobrazy górskie nabrały barwy niebieskiej. Góry niebieskie. Jakbyśmy byli w
Himalajach. Co za wrażenia. Oczywiście w górach spaliśmy w swoim namiocie.
Również pod największym lodowcem europejskim w Norwegii, przybierającym barwę
żywego błękitu. Poza tym nocujemy przy fiordach norweskich. Wciąż wybieramy
dzikie tereny. Cudowne są iglaste lasy wraz z wielkimi mchami i krasnorostami.
Nie rozpalamy ogniska ani w Norwegii, ani w Szwecji. Jakoś tu zbyt czysto.
Tutaj bardzo dbają o środowisko. Zamiast ogniska używamy do gotowania swojego
palnika gazowego. Na półwyspie skandynawskim czujemy się bezpiecznie. Czasem
nawet swoje plecaki zostawiamy w terenie, by wejść na przykład na szczyt
górski. Tutaj w Skandynawii ludzie zostawiają otwarte drzwi, rowery, różne
rzeczy. Często nie ma wokół domów ogrodzeń. Z wielką swobodą więc rozbijamy
nawet swój namiot w pobliżu domków. Tak tam można. Dzień na północy jest latem
długi. Ciekawe doświadczenie. Dopiero lekko przed północą ściemniało się.
Jednak nie do końca. Było widno. Jasność następowała znów około może drugiej w
nocy. To Nam ułatwiało podróż. Mogliśmy dzięki temu przemierzać olbrzymie
odległości aż do samej północy, kiedy to jeszcze można było znaleźć odpowiednie
miejsce na rozbicie namiotu. Miejsce, w którym Nas nie widać. W ogóle w
Norwegii przemierzaliśmy kilka pasm górskich. W jednym z nich było tak dziko,
że hej. Słabe oznakowanie szlaków. W trakcie wdrapywania się na skały, na
szczyt górski dawały znać mocno osypujące się kamienie, odłamki skał, ziemia.
Wdrapywaliśmy się tam bez szlaków. Ich po prostu nie mogliśmy znaleźć. W takcie
przemierzania tych terenów, wśród gór, wzdłuż fiordu dawały nam znać wilgotne,
podmokłe tereny, przemoknięte buty, mnóstwo komarów, jak i zadrapania od bardzo
gęstych kolczastych lasów. Cały dzień aż do północy wędrówka z ciężkimi
plecakami. Zgubiliśmy szlak. Stąd idziemy na przełaj. Dziesiątki kilometrów. Po
jednej stronie woda, po drugiej wysokie skały. Idziemy wzdłuż podmokłych
terenów. Czasem zdaje się, że nie damy rady. Jak tu rozstawimy namiot, gdy
zastanie Nas tu noc? Tutaj tyle wody, tyle komarów, tak gęsty las. Albo
torfowiska pełne wody, albo ten ciernisty las. Oscylowaliśmy między jednym, a
drugim terenem. Raz w dół, gdzie było zbyt dużo wody, innym razem w górę, gdzie
znowuż był gęsty las, szczeliny skalne w dół, dziury, i droga pod ostrą górę
wraz z tymi potężnymi plecakami. Szukaliśmy przy okazji szlaku. Ale go nie
było. W końcu dotarliśmy do celu. Jeszcze wcześniej myśleliśmy nawet o tym, że
te plecaki zostawimy, a ja popłynę wzdłuż fiordu jakieś dziesięć kilometrów do
celu po pomoc. Ale to wydawało się bez sensu. W końcu dotarliśmy na grunt
twardy w pobliżu schroniska. Jakże dobrze. Co za dzicz. Co za cudowna rozkosz,
odpoczynek, co za widoki.
Morze
Śródziemne, Pireneje - Hiszpania, Francja
Lipiec 2005
rok
zdjęcia Hiszpania, Francja
Tę podróż
również odbyliśmy na stopa. Nad Morze zajechaliśmy w dwa dni. Co za cudowny
błękit morza. Jedzenie wzięliśmy ze sobą. Tym razem do zupek oprócz kaszy
gryczanej dodawaliśmy makaron. W trakcie podróży na zachód nie rozpalaliśmy
ognisk. Używaliśmy palnika gazowego, a tylko po to byśmy byli niewidzialni.
Nocowaliśmy na dziko, w naszym namiocie. W Norwegii było łatwiej. Dużo dzikich,
wolnych miejsc. Tutaj na zachodzie wszędzie tereny prywatne, autostrady. Jednak
i tak odnajdywaliśmy sobie tutaj odpowiednie miejsce do spania. Z pól
namiotowych nie korzystaliśmy. Rozbijaliśmy się na dziko. Tutaj nie było to
łatwe. Musieliśmy być niewidzialni. Rozbijaliśmy się wtedy, kiedy zapadała
ciemność, a zbieraliśmy się jeszcze przed wschodem słońca. Szczerze mówiąc
trochę strachu przeżyliśmy po nocach, kiedy to ocieraliśmy się o bezpośredni
kontakt, czy to z ludźmi, czy ze zwierzyną. W trakcie tej podróży już nie
zdobywaliśmy najwyższych szczytów górskich. Czy to w kanionie Ordessa, czy w
górach ze swoim najwyższym szczytem górskim w Hiszpanii. Podziwialiśmy po
prostu widoki. Ja medytowałem z naturą. Nawiązywałem kontakt telepatyczny z
żywiołami natury, z górami, kamieniami, kwiatami, motylami. No cóż, w tym roku
już od marca zaczęła się moja podróż z esencjami natury. One otworzyły mnie
bardziej na wewnętrzne światy. Zacząłem telepatycznie porozumiewać się z
istotami natury, przyrody, zacząłem mieć coraz większy wgląd wgłąb siebie.
Zrozumiałem, że energie natury to jest to. Wielka moc transformacji,
oczyszczania ze starego, tego, co już nie jest potrzebne. Energie natury, które
wzbudzają powrót do zdrowia, pobudzają nowe zdolności, talenty, percepcję,
poszerzają świadomość. To właśnie tego roku zaczęliśmy razem brać esencje
natury. Teraz jest to dla mnie narzędzie poszerzania świadomości, uaktywniania
w sobie coraz większej harmonii, do granic nieskończoności. Energie natury mają
w sobie wielką moc. Wciąż je zgłębiam. Zgłębiałem je w trakcie tej podróży
przez Pireneje. No cóż, teraz podróże nabrały innego sensu. Świadome
poszerzanie świadomości, uaktywnianie wciąż coraz większej percepcji, harmonii,
po to by móc tworzyć coraz piękniejsze dzieła na tej Ziemi W tym celu, aby
stworzyć na Ziemi cudowne dzieło, Cywilizację Nowej Ery. Oczywiście nie tylko
własnymi rękami. Przecież każdy tę Cywilizację tworzy. Wszystkie istoty,
ludzie, zwierzęta, rośliny, kamienie, i inne.
Maroko - Afryka
lipiec/sierpień 2006 rok
zdjęcia Maroko
Tym razem wiatr poniósł Nas w stronę
Afryki, do Maroka. W ciągu trzech dni z Gryfina dotarliśmy do Barcelony.
Spotkaliśmy tutaj naprawdę wspaniałego człowieka, Duńczyka, który zabrał Nas
swoim samochodem „domkiem” aż do Estepony, do swojego mieszkania. Ugościł Nas
tak, jakbyśmy byli od dawna jego przyjaciółmi. Czuliśmy się tam jak u siebie w
domu. Co za raj: mnóstwo jedzenia, kąpiel w Morzu Śródziemnym, długie rozmowy w
kafejkach i cudowna, egzotyczna muzyka. Jedziemy dalej. A tu nagle
niespodzianka. Pewni Hiszpanie zapraszają Nas na 5-godzinną wycieczkę jachtem po
Morzu Śródziemnym w pobliżu Gibraltaru. Oszołomieni długo w to nie możemy
uwierzyć. Może zabiorą Nas do Afryki? Już prawie dopływamy, ale wiatr z powrotem
kieruje Nas do Hiszpanii. Towarzyszą Nam wesołe delfiny. Na drugą stronę
Cieśniny Gibraltarskiej przedostajemy się promem turystycznym. Przez Maroko
podróżujemy i stopem i autobusami. Przemierzamy piaskowe wzgórza. Co za upał:
50ºC w dzień, 30ºC w nocy. Docieramy w góry Wysoki Atlas. Przez 5 dni mieszkamy
w wiosce Berberów. Przyglądamy się ich życiu. Poznajemy smaki różnych
egzotycznych owoców. Jesteśmy pod wrażeniem czerwonych gór. Jedziemy do
Marrakeszu. Zatrzymujemy się w hotelu w samym centrum miasta na placu Dżema
El-Fna. To plac cudów, magiczne miejsce, w którym spotykają się kultury ze
wszystkich stron świata. Tu można spotkać zaklinaczy węży, magów handlujących
różnymi miksturami, stoiska wypełnione pomarańczami, z których wytłaczane są
orzeźwiające soki. Wieczorem plac ten jest rozjaśniony blaskiem pochodni.
Pachnie i dymi kuchniami z całego świata, rozbrzmiewa wibrującą muzyką bębnów.
Co za piękne widowisko... Marrakesz to również miasto bajkowych ogrodów, gdzie
można znaleźć gigantyczne drzewka szczęścia, bambusy, kaktusy, palmy i inne
egzotyczne rośliny oraz wielkie centrum handlowe, gdzie można kupić wszystko i
naprawdę tanio. Ceny tu podczas targowania spadają z zawrotną prędkością.
W drodze powrotnej odwiedzamy ponownie naszego
przyjaciela Duńczyka w Esteponie, gdzie regenerujemy siły. Stąd dalej udajemy
się do Polski. W ciągu 5 dni wiatr zanosi Nas przez Madryt, Paryż do Gryfina, do
domu.
Cała podróż zajęła Nam 28 dni, w tym 2 tygodnie
spędziliśmy w Afryce.
Anglia
luty 2007 rok
zdjęcia Anglia
W poszukiwaniu z przyjaciółmi ekologicznych
osad, alternatywnych źródeł energii...
Indie i Nepal
lipiec/sierpień 2008 rok
zdjęcia Indie
i Nepal
1 tydzień w Indiach
2 tygodnie w Nepalu
W poszukiwaniu siebie, misja - sadzenie esencji
energetycznych....
|